Dawid
Jesteśmy rodzicami dwójki wspaniałych dzieci. Pierwsza ciąża przebiegła niemalże wzorowo i córka urodziła się bez żadnych problemów w 2007 roku. Pięć lat później zaszłam w drugą. Do 16. tygodnia ciąża rozwijała się bez problemów, wręcz książkowo. Wtedy jednak się rozchorowałam. Miałam wysoką temperaturę, przez trzy dni nie mogłam wstać z łóżka. Lekarz przepisał antybiotyk i w końcu udało mi się z tego pozbierać. Niestety, trzy tygodnie później, podczas wizyty kontrolnej u ginekologa, dowiedziałam się, że dziecko ma wodogłowie. Nie miałam wówczas żadnej wiedzy na temat tego, co to jest za wada i z czym się ona wiąże. Lekarz skierował nas do kliniki w Krakowie. Modliłam się, żeby diagnoza okazała się pomyłką.
Do kliniki pojechałam wspólnie z mężem. Do gabinetu musiałam wejść jednak sama, ponieważ jego nie chciano wpuścić. W pomieszczeniu znajdowało się trzech lekarzy i dziesięciu stażystów. Jeden z medyków, robiąc USG, pochylił się nade mną i powiedział „Dziecko ma wodogłowie i siniczą wadę serca – Tetralogia Fallota, musi Pani usunąć ciążę". Zostałam skierowana do innego pokoju, do którego udaliśmy się z myślą, iż może jednak będą monitorować stan dziecka i tam umówią mnie na kolejną wizytę, jednak urzędująca w nim kobieta na wstępie wyprosiła męża z gabinetu, a w moją stronę rzuciła papierami, każąc je podpisać oraz informując, że jeżeli nie złożę podpisu pod zgodą na aborcję, to nie będą mnie ratować podczas cesarskiego cięcia. Nie wiedziałam, co się dzieje. Oddałam jej papiery i uciekłam z gabinetu. Nie zabiłabym swojego dziecka. Zwłaszcza, że czułam jego ruchy, wiedziałam, iż ono żyje.
Wróciliśmy do domu, tak na dobrą sprawę z niczym. Nie wiedzieliśmy co dalej, jak to się wszystko potoczy i co będzie z naszym dzieckiem. Moja ciocia znalazła w gazecie artykuł o hospicjum dziecięcym w Warszawie, w którym pomaga się takim dzieciom jak nasze. Udaliśmy się tam kilka dni później i zostaliśmy przyjęci przez panią doktor, która potwierdziła diagnozę, a także oznajmiła, że nie widzi szansy dla naszego synka na ratunek. Co więcej, przekonywała, iż jeżeli nie zgodzę się na aborcję, to sama również nie przeżyję, ponieważ moja macica tego nie wytrzyma. Syn miał tylko 1/3 mózgu, ściśniętego przez nieustannie gromadzący się pod czaszką płyn. W 22. tygodniu jego głowa dorównywała wielkością głowie dziecka w ostatnim miesiącu ciąży. Wodogłowie narastało w zastraszającym tempie. Powiedziałam pani doktor, że nie zabiję dziecka, gdyż nie mnie decydować o jego życiu. Zadzwoniła wówczas do innej lekarki, która zadeklarowała się podjąć próbę ratowania syna. Zaproponowano nam zabieg wszczepienia shuntu do jego głowy, by ograniczyć skutki wodogłowia, lecz ryzyko z tym związane było bardzo duże. Ostatecznie operacja się udała.
22 sierpnia 2012 roku urodził się nasz synek. Uzyskał 10/10 punktów w skali Apgar, oddychał też samodzielnie. Po dwóch dniach pobytu w szpitalu mnie wypisano, a Dawidek został przewieziony do Centrum Zdrowia Dziecka. Lekarze czekali jak rozwinie się sytuacja: czy wodogłowie nadal będzie narastać, czy się zatrzyma. Niestety, po kilku dniach płyn w głowie ponownie zaczął się gromadzić. Było go na tyle dużo, że mózg zaczął zanikać. Trzymaliśmy się blisko Boga, wiedząc, że wszystko zależy od Niego i jest w Jego rękach.
W warszawskiej klinice wszczepili Dawidkowi zastawkę Pudenza. Spędziliśmy tam w sumie trzy tygodnie. Gdy już mieliśmy zostać wypisani, podszedł do nas pan doktor i oznajmił, że dziecko prawdopodobnie nie będzie mówić, widzieć, słyszeć ani chodzić – po prostu będzie jak roślina. Zasugerował, żebyśmy poszukali dla niego jakiegoś hospicjum, ponieważ jego stan uniemożliwi mu samodzielne funkcjonowanie. Zabraliśmy naszego syna do domu i uznaliśmy, że skoro już tyle przeszliśmy, na dalszych etapach także sobie poradzimy.
Po wypisie z Centrum Zdrowia Dziecka zaczął się maraton jeżdżenia po kolejnych lekarzach – mieliśmy skierowanie aż do dwunastu różnych poradni. Na szczęście, wraz z upływem czasu oraz kolejnymi przebytymi terapiami, liczba następnych, koniecznych do przejścia, malała. Nie mieliśmy wątpliwości z mężem, iż były to kolejne cuda, których doświadczaliśmy.
Niestety, cały czas pozostawał problem z bardzo poważną, wymagającą operacji, wadą serca. Trafiliśmy do Śląskiego Centrum Chorób Serca. Był to dla nas bardzo ciężki okres, operacja się nie udała. Z jednej wady zrobiła się druga. Dawidek w pewnym momencie znajdował się w stanie agonalnym. Wszystkie narządy po kolei przestawały funkcjonować: nerki, wątroba, żołądek. Lekarze kazali nam przygotować się na najgorsze. Powiedzieli, że jeżeli przetaczanie krwi nie pomoże, to syn nie przeżyje. Dawid miał jednak taką wolę walki i siłę życia, iż udało mu się przezwyciężyć to zagrożenie. Na oddziale spędziliśmy łącznie pięć tygodni, po których wróciliśmy do domu. Cztery miesiące później, w dniu swoich pierwszych urodzin, przeszedł drugą operację, tym razem zakończoną powodzeniem. Zagrożenia zdrowotne dla Dawidka udało się opanować.
Dawid obecnie ma 8 lat i uczęszcza do szkoły specjalnej. Miał nie mówić, nie widzieć, nie chodzić i nie słyszeć, tymczasem potrafi czytać, liczyć oraz zna wszystkie kolory. Ma rewelacyjną pamięć, uwielbia też opowiadać żarty. Dwa lata temu zdiagnozowano u niego autyzm. Mimo tego jest największym optymistą jakiego znam. Często mam wrażenie, iż to on mnie bardziej wspiera, niż ja jego, i że to ja od niego więcej się mogę nauczyć, niż on ode mnie. Każde życie ma sens, ponieważ ono samo w sobie jest CUDEM.
Elżbieta Piwowar


